8 września 2012

I ty możesz przeżyć wizytę w 'jjimjilbang'u' (찜질방)

To trzeba przyznać Seul'owi: weekendowych rozrywek tu nie brakuje. Kawiarnie, restuaracje, sklepy, kluby, bary, kina, parki, góry itp itd. Dla każdego coś dobrego.

Może to przez wiek (w końcu jak to Marilyn skwitowała w 'Pół żertem, pół serio': 'A quarter of a century: makes a girl thinks'), może to przez zmianę trybu życia (z beztroskiej studenckiej balangi w trybiki 'salaryman'). W każdym razie, zamiast imprez do białego rana, zaczęłąm sobie cenić spoojne weekendy, wypełnione wycieczkami w góry lub na rowerze, wizytami w galeriach i muzeach, koncertami i brunch'ami w małym bo małym, ale niebanalnym gronie najbliższych znajomych.

Ale przede wszystkim nie wyobrażam sobie weekend'u bez wizyty w jjimjilbang'u, czyli koreańskiej saunie (choć, jak zaraz napiszę, jest to dużo więcej niż 'sauna' w naszym rozumieniu tego słowa). Stało się to moją cotygodniową rutyną na ulżenie znękanemu ciału i równie znękanej duszy.

Więc dzisiaj będzie o jjimjilbang'ów. Których wcale nie trzeba się bać.




Co to jest ten Jjimjilbang? 

Jjimjilbang (찜질방) to koreańska sauna. Składa się z dwóch części: łaźni (mokyoktang, 목욕탕) i części publicznej. Jjimjilbang'i występują w dwóch formach: dla panów/pań lub koedukacyjnej.

Jak to się robi?

Jak przekroczymy próg wejścia, wita nas recepcja, z sympatyczną panią recepcjonistką. Wsadzamy obuwie do wybranej szafki, oddajemy pani recepjonistce kluczyk oraz opłatę (w zależonści od 'prestiżu' i lokalizacji jjimjilbang'u, od 5 tyś do 15 tyś won'ów), a ona w zamian daje nam kluczyk do szafki w szatni (często wyposażony w 'czytniczek' którym możemy nabijać sobie rachunek w barku lub innych atrakcjach np. biczach wodnych i następnie płacić przy wyjściu), zestaw ręczniczków i pidżamkę (inny kolor dla panów, inny dla pań).

Następnie udajemy się do szatni (oddzielne dla chłopców i dziewczynek), gdzie rozbieramy się. Dalsze poczynania od naszych własnych widzi mi się. Ja proponuję najpierw udać się do łaźni (znów: oddzielne dla pań i panów). Do łaźni udajemy się w stroju Adama/Ewy. Tak, tak: na golasa. Wiem, że dla sporej części czytelników może to stanowić barierę psychologiczną. Kilkoro moich znajomych wpadło w panikę i odmówiło wejścia do łaźni jak usłyszało, że trzeba się rozberać do rosołu. Chyba to kwestia naszego zachodniego wychowania. Pamiętam jak kiedyś na Warszawiance, w szatni żeńskiej, pani mnie skrzyczała, że jak śmiem rozebrać się do naga (nie bardzo wiem jak inaczej miałabym ubrać się w kostium?). Ale naprawdę: nie ma czego się wstydzić. Nasze ciała są jakie są takie są. Trzeba je kochać i wielbić bezwzględnie. A że nie jesteśmy perfekcyjni? Powiem tak: Koreanki też nie są perfekcyjne. Są i chude i grube, i z takim i siakim biustem, z obwisłą skórą, ze zmarszkami, bliznami, rozstępami, odbarwieniami. Słowem: są takie jak ja. Czy się wstydzą swoich niedoskonałości? Bynajmniej! Dumnie noszą po łaźni swoje ciała. I w to czyni je piękne. Czy będą się na nas gapić? No pewnie, że będą. Nie tak często (choć coraz częściej) zdarza się, że w jjimjilbang'u wita biały człowiek. Więc będziemy stanowić pewną sensację. No i niech się gapią. Ja też się gapię, ostatnio na tatuże niektórych młodych Koreanek. Gapić się to rzeczy ludzka, byle w umiarze.

No więc wkraczamy roznegliżowani do łaźni. Najpierw bierzemy prysznic. A potem do wyboru do koloru: mamy szeroki wybór zimnych, gorących i ciepłych wanien (polecam te z zieloną herbatą! czynią skórę miekką jak pupcia niemowlaka). Są też bicze wodne i sauny fińskie z różnymi temperaturami. Jest też opcja masaży/skrobania (nie bardzo wiem jak to po polsku nazawać... bo 'skrobanka' chyba dość niefortunnie się kojarzy). Na czym to polega? Panie (domyślam się, że w męskiej łaźni są to panowie), odziane jedynie w majty i stanik, sadzają nas na łożu i za pomocą gąbek (ścierek?) zaczynają zeskrobywać z naszego ciała starą skórę (tzw. secheok: 세척). Boli? No pewnie. Ale jak często się to robi, skóra robi się gładziutka. Taka przyjemność kosztuje ok 20 - 30 tyś wonów (płatne gotówką a nie 'czytniczkiem'). Dodatkowo można sobie zażyczyć różnych masażów: olejnych, błotnych, z zielonej herbaty (te kosztują od 50 tyś wzwyż). Ponadto są też pomieszczenia ze masażem sportowym (raz się wybrałam i nie bardzo mi przypadło do gustu), tajskim masażem, manikiurem, dermatologiem i kto tam jeszcze coś wymyślił. Znów: nie wiem czy to wszsytko jest też u panów.

Jak już się wymoczymy i wymasujemy, ubieramy się w pidżamki i udajemy się do części koedukacyjnej. Zazwyczaj składa się ona z wielkich sal, wyposażonych w telewizory (gdzie można pooglądac swoje ulubione programy. Z tym że trzeba przerwaqć podczas ciszy nocnej, od północy do 6 rano), barek z przekąskami (polecam: sikhae, 식해, słodki napój z ryżu i wędzone jajka) oraz materace i poduszki. Ponadto są ciepłe i gorące pomieszczenia (sauny), często z różnymi 'specjalnościami' (ja bardzo lubię te gliniane albo podgrzewane węglem). Jest też i resturacyjka albo i dwie (z koreańskimi daniami). PC-bang (gdzie można sprawdzić skrzynkę pocztową albo pozabijać potwory). Palarnia (poza nią nie wolno palić w jjimjilbang'u).




W jjimjilbang'u można spędzić do 24-ech godzin (po przekroczeniu tego czasu płaci się słoną karę). I tak, może to zastąpić nam hotel podczas podróży, jeśli nie przeszkadza nam spanie na podłodze, w towarzystwie innych klientów (którzy nierzadko chrapią głóśniej niż rozpędzone ciuchcie - i to bez względu na płeć). Sporo Koreańczyków udaje się tam w towarzystwie znajomych by razem się poreklasować. Pani Delfinowa chadza tam z chłopakiem na randki, gdzie nadganiają zaległości z seriali albo czytają komiksy. Ja często udaję się z Panią Pingwinową albo inną bliską znajomą. Często widuje się w jjimjilbang'u jak przyjaciółki szorują sobie plecy: ot, taka oznaka bliskości i intymności między kobietami (lub mężczyznami).



Po wszystkich atrakacjach, bierzemy szybki prysznic, suszymy włosy, wklepujemy w ciało mleczko (do dyspozycji gości), ubieramy się i wychodzimy. Odświeżeni, zrelaksowani i wypoczęci (no chyba, że spędziliśmy noc obok chrapacza...).

Polecane Jjimjilbangi

  • Hanbangland (숲숙한방랜드): niedaleko Uniwersytetu Yonsei i słynnego (dla studentów) Sinchon. Położone na górce, obok świątyni buddyjskiej. Słynne z glinianych, gorących pomieszczeń. Adres: 51, Bongwon-dong, Seodaemungu, Seoul.
  • Dragon Hill Spa (드래곤힐스파): Przy stacji Yongsan (linia 1, granatowa). Chyba najsłynnieszy jjimjilbang w Seulu. Adres: 40-713 Hangangno-3-ga, Yongsan-gu, Seoul.
  • Spa Lei (스파레이): Mój ulubiony jjimjilbang. UWAGA! Tylko dla pań.


1 komentarz:

  1. Super opisane. Podoba mi się pomysł na serię "I ty możesz przeżyć..." :)

    OdpowiedzUsuń