To trzeba przyznać Seul'owi: weekendowych rozrywek tu nie brakuje. Kawiarnie, restuaracje, sklepy, kluby, bary, kina, parki, góry itp itd. Dla każdego coś dobrego.
Może to przez wiek (w końcu jak to Marilyn skwitowała w 'Pół żertem, pół serio': 'A quarter of a century: makes a girl thinks'), może to przez zmianę trybu życia (z beztroskiej studenckiej balangi w trybiki 'salaryman'). W każdym razie, zamiast imprez do białego rana, zaczęłąm sobie cenić spoojne weekendy, wypełnione wycieczkami w góry lub na rowerze, wizytami w galeriach i muzeach, koncertami i brunch'ami w małym bo małym, ale niebanalnym gronie najbliższych znajomych.
Ale przede wszystkim nie wyobrażam sobie weekend'u bez wizyty w jjimjilbang'u, czyli koreańskiej saunie (choć, jak zaraz napiszę, jest to dużo więcej niż 'sauna' w naszym rozumieniu tego słowa). Stało się to moją cotygodniową rutyną na ulżenie znękanemu ciału i równie znękanej duszy.
Więc dzisiaj będzie o jjimjilbang'ów. Których wcale nie trzeba się bać.
